Zaczęło się od piwa w przedziale. Skończyło się tak samo, z tą niewielką różnicą, że pociąg jechał w przeciwną stronę. Siłą rzeczy, wszystko co miało miejsce między w/w epizodami, złożyło się na nasz wspólny majowy długi weekend 2007. W zasadzie można by było poprzestać na tak zarysowanej historii, bo skoro już znamy jej początek i koniec wydawałoby się, że nietrudno odgadnąć co jest w środku. Ale myli się ten czytelnik, który wyobraża sobie wykwintnego specjala, jako treść naszego wyjazdu. Otóż niezależne i wiarygodne źródła podają, iż majowe spożycie piwa "w porównaniu z Sokołami, to zaledwie kropla w morzu!" (cyt. za Leszczem z filmu pt. "Piwo", gdzie Karol i tytułowe piwo grają rolę pierwszoplanową ;))
Jako miejsce tego elektryzującego spektaklu z niejednym punktem kulminacyjnym, wskazać należy Podlesice na Jurze, (bo wiadomo tytuł to "SPAARTAAA!!!" najczęściej wydawany okrzyk tego sezonu ;P) gdzie udaliśmy się pod wpływem niewiadomego impulsu ("a bo w Sokołach to za zimno jest i za daleko"), łamiąc wielowiekową tradycję majowych wyjazdów właśnie w rzeczone Sokoły. Stacjonowaliśmy w gospodarstwie pani Heleny, hojnie korzystając z dobrodziejstw jej kulinarnego talentu oraz zajmując znaczną powierzchnię całego domu. Wyjątek stanowił jedynie Krzysiek, który samotnie (jak twierdzi) chrapał w swoim przenośnym, rozbitym na podwórku M-1.
Myślę, że na wyjeździe, świetnie funkcjonowaliśmy jako grupa. Warto to chyba podkreślić, bo liczebnie byliśmy jak mała, 18-osobowa klasa. Co prawda bez wychowawcy, ale za to z rozszerzonym programem gier i zabaw. Z takiego obrotu sprawy z pewnością zadowolona była Ewcia (nasz najlepszy żeński wspinający się towar eksportowy), która to okazała się największą entuzjastką bijatyki o "dziwną solniczkę", czyli tzw. totema. Na pewno też lepiej się poznaliśmy. Każdy już np. wie gdzie Dzana trzyma rano ręce ;P oraz że Marta-Rzulfig w jaskini powinna pełznąć jako ostatnia, w przeciwnym bowiem razie prawdopodobieństwo dożywotniego zaklinowania czołgających się za nią osobników znacznie wzrośnie. Z własnego doświadczenia również już wiem, że bezwzględnie należy zagarnąć łóżko koło BAdama, który nie dość, że nie chrapie, to jeszcze czasem, jak go poprosisz, zrobi ci herbatke ;P
Ale dość już o przyjemnościach. Nasz priorytetem było wspinanie, a skoro tak, to i również sprawna obsługa klubowego sprzętu. Oto tylko niektóre z nowinek technicznych, z którymi zaznajomiliśmy się w Podlesicach: - dzięki Bomblowi posiedliśmy umiejętność robienia "niby-auta", a także poznaliśmy komendę: "czekaj chwilę. trzymaj się mocno". Z kolei Estera z nieukrywanym entuzjazmem zaprezentowała nam jak długo należy czekać oraz jak mocno się trzymac ;) - znamy już także - dzięki uprzejmości Krychy - komendę "zaginaj, zaginaj!". Pasuje ona do każdej drogi i co ważniejsze, skutecznie chroni przed osunięciem się wspinacza w czeluście*.* Niestety Kamilek (tak, tak Wielbłądzie to ten mały w szarym) rzadko stosował tę metodę, uporczywie odpadając ze ściany w najmniej oczekiwanym momencie, spadając niczym grom z jasnego nieba wprost na asekurującego.
- za sprawą Agaty odkryliśmy możliwości rozrywkowe taśm. Otóż okazało się, że przez jedną taśmę, w ciągu dwóch minut, jedynie za pomocą trzech głów i pół tuzina nóg, przecisną się trzy niewiasty. Jeśli chodzi o nasze osiągnięcia w skałach, dość powiedzieć, że każdy zanotował na swoim koncie kilka sukcesów. A już na pewno niejeden z nas miał okazję zaliczyć Tyranozaurusa Kleksa. Z naszych wypadów w teren, chyba najciekawsze były te, w których niczym upiorne owady, obsiadaliśmy co ciekawsze formacje skalne. Bywało, że karnie wisieliśmy w rządku, świecąc dla przykładu klubowymi koszulkami. Często też równocześnie wieszaliśmy wędki dla sympatycznego team'u Bachy i Agnieszki. Niestety, ku przerażeniu innych wspinaczy nie-klubowiczów, taki stan oblężenia trwał czasami dobrych kilka godzin. Wiadomo w kupie siła :)
Aby nieco zlikwidować przeludnienie członków AKW na terenie Podlesic, niektórzy z nas decydowali się na wypad samochodem do pobliskich Rzędek, czy Mirowa. Z kolei inni, jak np. Jasiu i Aga, z uprzęży przesiadali się na jednoślady, by ostatecznie zamienić je na miotły (patrz fotki) i tym środkiem transportu zwiedzić przepiękne okolice Jury. Niesprawiedliwością dla dobrego imienia AKW, byłoby nie wspomnieć przy okazji, o bardziej pikantnych szczegółach naszej wycieczki. Nie da się bowiem ukryć, że poczytność artykułów, a co za tym idzie popularność naszego klubu, wzrasta wprost proporcjonalnie do pikantności wątków ;) A więc, bez zbędnego owijania w bawełnę:
Podobno Mathe miał przyjemność pogrzebać jebadełkiem w kominie Dziewicy (nie wiadomo jednak, czy nie były to czcze przechwałki utopisty). Wiadomo natomiast z całą pewnością i stwierdzono to organoleptycznie, że Asia, ku zgorszeniu matek z dziećmi, z nieodłącznym okrzykiem na ustach "ja j...ę!" szczytowała na niejednej skale :) Na końcu tej cokolwiek zawiłej opowiastki, pozwolę sobie na rzewne zakończenie. Otóż na którymś z naszych treningów, ktoś powiedział, że słyszał od kogoś, że jesteśmy najbardziej zgranym i najsympatyczniejszym składem AKW od początku istnienia klubu. Dlatego też sugerując się tą opinią, pomyślałam sobie, że pisząc sprawozdanie, grzechem byłoby nie zaznaczyć - choćby z imienia - obecności na każdego z nas na tym wyjeździe. Anyway, cieszę się, że także należę do tego składu. Do zobaczenia na panelu :)
|